Mamo, to nie miłość… O tzw. „miękkiej przemocy”.

woman prisoner in prison with white flowers

„Mamo, to zbyt dużo miłości… zbyt dużo dla mnie. A to, czego jest zbyt dużo, to już nie miłość. Nie wiem, co to, ale na pewno to nie miłość”

Kiedy myślimy o przemocy wobec dzieci przed oczami stają nam obrazy pobicia, gwałtu, kar, krzyków i awantur. Nawet szorstkość, obojętność i ignorowanie dziecka nie bardzo w ten obraz się wpisują. To częściej przyjęto nazywać dziwnym pojęciem: brak miłości.

Ale jest innego rodzaju przemoc, która na zewnątrz ma wszystkie oznaki dobrej, czułej i pełnej miłości relacji. Najczęściej zwana jest „miłością macierzyńską” i „troską”, a kultura oddaje jej szczególny hołd, kultywując tzw. oddanie matki i jej „cierpiące i kochające serce”.

I to właśnie jest najcięższy rodzaj przemocy, od którego uwolnić się praktycznie nie ma szans.

Jeśli czytając ten tekst nagle przypomnicie sobie, że w dzieciństwie byliście surowo karani, poniżani, bici, jest spora szansa, że wam ulży. Tak, ulży, choć teraz może brzmieć to koszmarnie i paradoksalnie. Ale dziecko, które jest męczone i bite ma oczywiste prawo powiedzieć: „Więcej tak ze mną postępować nie będziesz!” I z czasem przestanie mieć poczucie winy z tego powodu.

Dlatego, że w bólu fizycznym miłości po prostu nie da się zobaczyć, choćby się wpatrywać latami. I takiemu dziecku łatwiej jest spojrzeć prosto w oczy prawdzie i przyznać: rodzice (mama, tata) mnie nie kochali.

Ci natomiast, którzy są ofiarami „miękkiej przemocy”, zamaskowanej „miłością” nie mają żadnego prawa do protestu. Jak można przecież protestować przeciwko miłości? I to miłości macierzyńskiej!?

Spróbuj rozpoznać, że pod maską emocji, nerwów i bólu w sercu, ciągłej trwogi i niepokoju, niechęci do przyjęcia pomocy i masie innych zachowań i słów chowa się nie miłość, a kontrola i chęć władzy.

Wszyscy ludzie, znajdujący się w polu takiej przemocy podejrzewają, że „coś tu nie gra”, ale podejrzenie to jest wciąż tłumione przez masę szablonów typu: „wszystkie matki są takie, dzieci to ich życie”, „Będziesz mieć swoje dzieci, to zobaczysz”, „Co by matka nie robiła, to matka”,  „Trzeba wybaczyć i nie chować urazy”.

Z tej pajęczyny nie da się wyrwać i uciec.

Mamy tu do czynienia z ciemną stroną znanego archetypu Wielkiej Matki, która w odróżnieniu od jej jasnej strony dającej życie i szczęście, niszczy.

I znaleźć tę ciemną stronę możemy w zasadzie w każdej rodzinie. Dlatego, że w naszej kulturze przemoc zamaskowana miłością jest codziennością, uważaną za coś dobrego i prawidłowego. Miliony ludzi żyje w tym paradoksie. Większość z nich uważa, że to normalne, że to właśnie jest życie i tak właśnie należy zachowywać się w relacji z dziećmi.

Są tacy, którzy zaczynają odczuwać, że coś jest nie tak, ale nie znajdują sposobu, aby to jakoś sformułować i wyrazić.

I tylko jednostki uświadamiają sobie, że od lat żyją w polu przemocy, ale i oni rzadko znajdują odpowiednie strategie odpowiedzi na nią.

Jak rozpoznać przemoc zamaskowaną miłością macierzyńską?

Spróbuję zebrać najbardziej wyraziste przejawy miękkiej przemocy. I niech was nie wprowadzi w błąd określenie „miękka”, ono nie oznacza, że taka przemoc sprawia mniej bólu i krzywdy. Najczęściej jest dokładnie odwrotnie.

Miękka przemoc tłumi instynkt samozachowawczy, wychowuje zależnych i podatnych na wpływ innych ludzi, których najbardziej znaną emocją jest strach. Ten strach wyparty, nieuświadomiony, zapakowany w poczucie winy.

 Nieprzypadkowo skupiam się wyłącznie na zachowaniu matek – to właśnie one są bardziej skłonne do miękkiej przemocy i stosują ją częściej niż otwartą, jawną przemoc. Przejawy tej przemocy są uznawane przez naszą kulturę jako coś normalnego i naturalnego.

W ciągu 20 lat mojej praktyki nie było ani jednej grupy, w której choćby kilka osób nie rozpoznałoby tego typu zachowań u swoich matek,  a większość matek moich indywidualnych klientów jest wzorcem tego szablonu.

Możliwe, że zobaczycie w tym tekście siebie i swoją mamę.

Możliwe, że przyjdą do was znane wam bolesne uczucia.

Możliwe, że przerazicie się tym, co sobie uświadomicie i poczujecie beznadzieję i poczucie pustki. Możliwe. Mimo to, zawsze warto mieć świadomość. To ona daje szansę uwolnienia.

Przejawy miękkiej macierzyńskiej przemocy (używam słowa  „dziecko” nie jako oznakę wieku, lecz relacji do matki, w wieku 5, 10, 40 lat jesteśmy wciąż dziećmi w relacji do rodziców).

„Jesteś moją radością!”

Przekazanie dziecku odpowiedzialności za swoje emocje i stany. 

To o tych sytuacjach, kiedy mama mówi „zdenerwowałeś mnie”, „zepsułaś mi humor”, „ co ty, nie rozumiesz, że sprawiasz mi ból?” Albo nie mówi, ale całą sobą pokazuje, że przez dziecko mamie stało się coś złego: wzdycha, płacze, łapie się za serce, dzwoni po pogotowie itd. Tak, to właśnie jest przekazanie odpowiedzialności dziecku za emocje i stany matki.

Jest jeszcze inna strona przekazania tej odpowiedzialności: „jesteś moim światełkiem”, „jak dzwonisz, jest mi na duszyczce lżej”, „gdyby nie ty, nie wiem, jak bym żyła”, „tylko ty mnie trzymasz na tym świecie” I ta strona jest jeszcze straszniejsza niż poprzednia. Przecież dziecko jest chwalone! Kochane! Przecież mama mu właśnie mówi, że je kocha. Ale dodatkowy ukryty sens tego to: bez ciebie nie przeżyję.

Najczęściej oba te przejawy idą w parze. Dziecko stopniowo jest uczone tego, że samopoczucie i stan mamy to rezultat jego działań lub ich braku. Że każdy jego krok, cokolwiek zrobi lub nie zrobi, każde jego słowo lub brak słów wpłyną na mamę i sprawią, że mama będzie czuła: ból lub radość. Nawet nie radość, a  coś, co pozwala w ogóle żyć. To staje się tak zwyczajne, że nie istnieje w naszym świecie obraz mamy jako dorosłego człowieka, który sam jest odpowiedzialny za swoje samopoczucie.

Jak czują się dzieci, którym przekazany jest taki ciężar? Od małego są obciążone strachem o to, jak odbije się na mamie wszystko to, co robią. Idą lata i ta trwoga staje się tłem ich życia, czymś zwyczajnym. Dzień bez telefonu do mamy da się przeżyć, ale po dwóch dniach już pojawia się napięcie. Trzy, cztery – i już jest strach zadzwonić. Bo po drugiej strony usłyszymy smutny głos, westchnięcia, pretensje „już o mnie wcale nie pamiętasz”.

I mega poczucie winy za wszystko (za „dużo pracy”, za „imprezę z koleżankami”, za „podróż z ukochanym”, za „zapomniałem”) staje się stałym towarzyszem, szarym tłem zmieniających się obrazków życia.

Do czego to doprowadza? Do stałej kontroli siebie, do nieumiejętności zrelaksowania siebie, do zabronienia sobie radości życia i poczucia bezpieczeństwa. Do nie współmiernego rozdęcia EGO („tylko ode mnie zależy życie człowieka”). I do przekazywania tego swoim dzieciom.

„ Nic mi nie potrzeba. Wszystko jest dla ciebie.”

Rezygnacja z pomocy i dowolnych działań, które mogą polepszyć sytuację lub samopoczucie matki.

„Żyję dla ciebie” – fraza, którą miliony dzieci usłyszały od swoich matek. Wszelkim sposobem matki próbują pokazać, że wszystko, co robią jest dla dzieci. Wierzą w to, że jest to dobre i prawidłowe. I że miłość macierzyńska to przede wszystkim ofiarność.

„Odeszłam od ukochanej pracy, ponieważ musieliśmy cię przenieść do innej szkoły”, „Całe noce nie spałam, bo trzeba było ci uszyć nowe dżinsy”, „Nie wyszłam za mąż, bo nie chciałam traumatyzować dzieci”, „Nie rozwiodłam się z mężem, bo dzieciom potrzebny jest ojciec”.

Niekończąca się lista wyrzeczeń „przez ciebie, dla ciebie”, ale nie, mama nie ma pretensji. Mama tylko pokazuje, że całe jej życie to służenie dziecku. I nieważne, ile lat ma dziecko  – 2 czy 48.  „Nie, nie wezmę od ciebie pieniędzy. I tak ci ciężko” – mówi mama, nie patrząc na to, że córka ma dobrze prosperujący biznes. „Nie pojadę do Paryża, będziesz się tylko ze mną męczyć” – mówi mama córce, która kupiła wycieczkę na mamine urodziny. „Nie potrzebuję pomocy domowej, po co masz tracić pieniądze” – mówi mama córce, której tygodniowy dochód jest 30 razy wyższy niż wypłata dla pomocy domowej.

Ilość maminych wyrzeczeń jest tak ogromna, że nie ma żadnych szans, by je zrekompensować. Wszelkie próby zrobienia czegoś dla niej są zresztą i tak odrzucane.

Jak czują się dzieci, którym stale wmawia się, że wszystko jest dla nich? Żyją w  wiecznym niespłaconym długu. Bez szansy na jego oddanie, bez nadziei na wykup. I dług ten odczuwają nie tylko w relacji z matką, ale i z całym światem. Wciąż czują się coś komuś winne – pieniądze, miłość, uwagę, czas. Czują, że wciąż za mało dają – dzieciom, ukochanemu, przyjaciołom. Są wiecznymi dłużnikami. Bo ich życie jest „zapożyczeniem” u mamy, która nie chce przyjąć go z powrotem.

Do czego to doprowadza? Do niechęci do siebie, ignorowania swoich potrzeb, do okrutnego przeginania przy wymianie energii – dawania w relacji i nie przyjmowania. Przecież jeśli przyjąć, to jeszcze więcej trzeba będzie oddać!

„Nic ci nie można powiedzieć!”, „Jeśli tego nie zrobisz, będzie mi źle”. Zaprzeczanie prawom dziecka do uczuć i stawiania swoich granic.

Scenariusz tej rozmowy wygląda mniej więcej tak: mama mówi coś przykrego lub żąda czegoś, co dla dziecka jest absurdalne lub szkodliwe. Drąży temat nawet wtedy, gdy dziecko prosi tego nie robić.  W którejś chwili cierpliwość dziecka się kończy i ostro odpowiada mamie. I wtedy właśnie mama się obraża i wypowiada tę sakramentalną frazę, po której może długo demonstrować swoją gorycz i poczucie krzywdy.

Dzieci, które wyrastają w atmosferze miękkiej przemocy momentalnie rozpoznają podobny dialog. Mama mówi: „Załóż bluzkę, jest zimno, zobacz, ja zmarzłam”. „Mi jest ciepło, wszystko jest ok” – odpowiada dziecko. „Ty co, nie rozumiesz, że jest zimno? Zmarzłam, mówię ci. Załóż bluzkę”. „Mama ale wszystko ok, mi ciepło”. „Załóż mówię ci, martwię się o ciebie”. „Mówię przecież że mi ciepło! Daj spokój!!!!”. „No i widzisz, już nic ci nie wolno powiedzieć, bo zaraz afera”.

Ten dialog jest tak szablonowy, że większość ludzi nie zobaczy w nim nic szczególnego. Nie zobaczy w każdej maminej frazie totalnej kontroli i przemocy. A na koniec – odwróconą obrazę – obrazę, którą demonstruje agresor w relacji z ofiarą. Ten schemat mówi dziecku tylko jedno: to, co ty czujesz, jest nieważne. Twoje uczucia nie mają znaczenia. Takie mamy stale wysyłają informację: „Lepiej wiem, co jest ci potrzebne, co jest dla ciebie dobre i korzystne”. „Zjedz zupkę, tak się starałam dla ciebie” – mówi mama z napływającymi do oczu łzami.”, „Weź jabłuszka, niosłam je 2 kilometry” – wzdycha mama. I córka, chowając w sobie rozdrażnienie, bierze jabłuszka, których nie je, żeby zostawić je tam i wyrzucić po tygodniu.

Dorosłe dzieci ubierają bluzki, jedzą znienawidzone jedzenie, robią sobie krzywdę. Bo jeśli odmówią, będą niosły ciężar poczucia winy za to, że obraziły nieszczęsną mamusię. A ona tak się starała.

Do tego to doprowadza. Do stałego poczucia winy za swoje potrzeby, gusta, swoje „chcę” i „nie chcę”. W rezultacie takie dorosłe dzieci mają bardzo słabe wyobrażenie o swoich potrzebach. Lepiej o nich nie wiedzieć, niż odczuwać stałe poczucie winy. Nie mogą być sobą. Ten głęboki zakaz doprowadza do tego, że za swoje dowolne pragnienie rożne od pragnienia mamy czują się zdrajcami. I koniec końców wolą w ogóle przestać mieć pragnienia.

„Nic ci się nie stało?”

Koncentracja na problemach, ciągłe zastraszanie.

 „No jak tam? Nic się nie stało? Ciężkie westchnięcie. „Mamo, wszystko ok, wszystko u mnie dobrze” – póki co jeszcze żywo odpowiada córka. „Pewnie się męczysz w pracy, mąż ci pomaga?”. „Mamo, wszystko ok, lubię swoją pracę, mąż mi pomaga” – już z lekkim zniecierpliwieniem odpowiada córka. „Mama, muszę kończyć, zadzwonię jeszcze”. „Oczywiście, rozumiem, na mamę już nie masz czasu. Zadzwoń kiedyś.” – mówi matka ze łzami w głosie.

 Takie mamy stale straszą swoje dzieci: „nie jest ci niedobrze?” – z przestrachem w głosie. „O Boże, mocno się uderzyłaś?” – z przerażeniem w oczach.

Jeśli dziecko zostaje na dworze 5 minut dłużej niż mogło, mama lata po podwórku z krzykiem: „Przecież może się coś stać!”. Większość ludzi powie: mama przecież kocha swoje dziecko, więc się denerwuje. W rzeczywistości takie matki tworzą nieustanną atmosferę lęku wokół dziecka i wysyłają mu informację: świat jest niebezpieczny, może się zdarzyć coś okropnego. Nie odchodź ode mnie!

Co czują dzieci, które są stale straszone w taki sposób? Strach przed tym, co nowe. Zwykle jest to nie do zniesienia na tyle, że największy strach zatrzymuje się w jakimś jednym miejscu. Ktoś boi się latania samolotem. Ktoś wciąż boi się za swoje zdrowie. Ktoś samotności, ktoś tłumów. U podstaw wszelkich działań tych osób leży lęk. Nie zainteresowanie, nie ciekawość, nie przedsmak zmian, a strach. Do tego to doprowadza.

Takie dorosłe dzieci najczęściej negują swój strach. Wybierają antyscenariusz: „Wszystko u mnie super!, Jestem człowiek-pozytyw, niczego się nie boję i wszystko u mnie gra!”. Ale dowolna stresowa sytuacja doprowadza do ataków paniki, bezsenności, tłumienia i w rezultacie – depresji. A to doprowadza do odczucia totalnego braku kontroli i bezradności.

Coś sobie zrobię”

Groźby zrobienia sobie krzywdy lub faktyczne sprawienie sobie bólu.

Jedno z najbardziej niebezpiecznych przejawów miękkiej przemocy. Może doprowadzić do bardzo ciężkich skutków. Nie będę tego opisywać zbyt długo, wszyscy, którzy przeżyli podobne epizody, rozumieją, o co chodzi. Ktoś, kto chociaż raz widział, jak matka wyrządza sobie krzywdę, rwie na sobie ubranie, bije głową o ścianę, przypomina sobie ten paraliżujący strach i okrutne poczucie winy.

Dziecko czuje strach, może przecież stracić matkę. Poczucie winy jest ogromne, bo wierzy, że to stanie się przez niego.

Doprowadza to do tego, że dorosły człowiek nawiązywać będzie toksyczne relacje z innymi ludźmi. Będzie bał się wypowiadać swoje zdanie, wymagać, chronić swoje granice. Będzie żył z ciągłym przekonaniem, że w dowolnym momencie ktoś bliski mu może sobie coś zrobić i to będzie jego wina.

„Wpłyń na niego (na nią)”

Koalicja z dzieckiem przeciwko komuś z rodziny

Ten przejaw miękkiej przemocy jest również częsty. I oczywiście, nie jest uważany za przemoc, a usprawiedliwiany bólem matki, jej nieszczęściem. Mama jest ofiarą, która nie może poradzić sobie z agresorem (ojcem lub dorosłym dzieckiem) i dlatego wciąż narzeka drugiemu dziecku na agresora i prosi o pomoc.

„Ja już nie wiem, co mam robić, zrób coś!” – płacząc mówi matka. I dziecko włącza się, wtrąca, kłóci z agresorem, nawraca go. „Jakby nie ty, to nie wiem, co bym zrobiła, tylko ty mnie rozumiesz.” – mówi mama. A po tygodniu znów to samo. Na protesty dziecka, niechęć do wtrącania się, mama się obraża i milknie. A po jakimś czasie nie wytrzymuje: „Nawet połowy tego, co się dzieje ci nie mówiłam! Jakbyś wiedział!!” I znów ta sama śpiewka.

Mama stale wysyła dziecku: chroń mnie, bądź mi mamą. Ty jesteś duża i silna, a ja mała i słaba. A to jest betonowa ściana na ramionach dziecka, to bardzo duży ciężar, który czasem trzeba nieść do końca życia matki. To odczucie totalnego braku wolności, przywiązania. Takie dorosłe dzieci żyją z uczuciem, że nie mają prawa do szczęścia, radości, poczucia bezpieczeństwa.

Stają się podwójnymi dorosłymi, za siebie i za mamę. A jeśli zdarzają się epizody radości, to karzą się za nie – chorobą, ciężką pracą, kryzysem, wypadkiem.

Żyją stale w napięciu, stale czekając na telefon. Chcą zniknąć, wyparować. Ale „Tylko ty mnie rozumiesz”, „Jeśliby nie ty” – nie odpuszcza ich nawet na chwilę. Doprowadza to do współuzależnieniowej relacji, do hiperodpowiedzialności, do hiperkontroli. I do przekazywaniu tego samego swoim dzieciom.

To jest totalny kulturowy spisek. Bo przecież w naszej kulturze wszystko to nazywa się miłością macierzyńską. We wszystkich tych przejawach nikt nawet nie próbuje rozpoznać przemocy. Przyjęte jest, że wszystkie mamy są takie, taka jest właśnie ta miłość macierzyńska.

Ta tzw. „miłość macierzyńska” rodzi miliony emocjonalnych inwalidów, które tak samo kaleczą swoje dzieci. I koło Samsary się kręci. Wszystkie mantry na temat: „Wybaczyć i odpuścić” tu nie działają. Wyjaśnienia i rozmowy nie działają. Te dorosłe dzieci, które próbują rozmawiać ze swoimi matkami spotykają się z niezrozumieniem. Szczerym niezrozumieniem i wręcz obrazą: „Ja przecież nie chciałam nic złego, przecież cię kocham.” W ich świecie to się nazywa miłością i każdą rozmowę na ten temat przyjmują jako oskarżenie.

Tyle razy widziałam błyszczące nadzieją oczy dorosłych córek, które porozmawiały ze swoimi mamami. Przecież wszystkie chcemy mieć z mamami dobre relacje. Ale na kolejnej sesji te same oczy zalewały się łzami: „To bez sensu, to się nie uda”. Czy da się w ogóle coś zrobić w tym temacie?

Jest jedno lekarstwo. Zdecydować się na przerwanie tych relacji.

To jest dopuszczalne w niektórych kulturach, ale nie w naszej. W naszej kulturze jest ryzyko takiego niszczącego poczucia winy, że może ono doprowadzić do bardzo niebezpiecznego zjawiska samoukarania się.

Przecież matka – to święte. Przestać kontaktować się z kochającą matką równa się największej zdradzie. I dorosłe dzieci szukają usprawiedliwienia dla swoich matek, wyjaśniając ich zachowania ciężkim dzieciństwem, przeżytymi nieszczęściami i czym jeszcze się da.

A takich matek są całe legiony i że jest to zjawisko na ogromną skalę. I w naszej kulturze ten jedyny sposób wyzdrowienia może bardziej zaszkodzić niż pomóc. System jest większy i silniejszy od nas.

Co więc można zrobić? Samemu będąc rodzicem, przestać to robić swoim dzieciom. To przede wszystkim. Przerwać ten zaklęty krąg. Świadomość uzdrawia. Dzięki niej możemy powoli i stopniowo wychodzić z działania na automacie.

Głębokie uświadomienie sobie i zrozumienie, że „Mama mnie nie kochała (nie kocha)” sprawia ostry ból, ale daje możliwość oddychać, daje prawo na bycie sobą. A to już ogromne zwycięstwo!

Autor: Aliona Oleszko, tłumaczenie Anna Wrzesińska, www.ankaslowianka.pl